<iframe src="//www.googletagmanager.com/ns.html?id=GTM-TK4BMS" height="0" width="0" style="display:none;visibility:hidden"> Podcast #6: Jak być zero waste i nie zwariować?
NN TFI Investment Partners
Notowania
 

Podcast #6: Jak być zero waste i nie zwariować?

Posłuchaj odcinek


 

Inne platformy:

 

30.09.2019

Zapis rozmowy z Kasią Wągrowską

Dzień dobry, Jan Morbiato z NN Investment Partners TFI. Tym razem moim i Państwa gościem będzie Katarzyna Wągrowska – autorka książki pt. „Życie Zero Waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej”, twórczyni bloga ograniczamsie.com i jak można się domyślać po przedstawionych aktywnościach wielka entuzjastka minimalizmu i ruchu zero waste. I właśnie o ruchu zero waste będziemy dzisiaj rozmawiać. A dokładniej o jego założeniach, o tym jakich wymaga poświęceń, jakich satysfakcji dostarcza, a także o tym, jakie ma przełożenie na finanse osobiste. Zapraszam.

 

J: Jest już ze mną Katarzyna Wągrowska. Cześć Kasiu.

K: Cześć.

 

J: Kasiu co to znaczy, że jesteś zero waste?

K: Zero waste to jest taki termin, który można rozumieć w szerszym i węższym kontekście. To węższe ujęcie terminu mówi nam o tym, że dążymy do wygenerowania zerowej ilości odpadów. Waste z jęz. angielskiego, to są odpady. Z kolei ta szersza definicja traktuje waste jako coś więcej, bardziej jako marnotrawstwo, trwonienie. Zatem zero waste możemy również potraktować jako życie bez marnotrawstwa zasobów w ogóle, w tym śmieci, bo śmieci również mogą być dla nas cennym zasobem. Gdy ja mówię o sobie, że jestem zero westerką może to oznaczać tyle, dążę do tego, żeby jak najmniej zaszkodzić światu poprzez swoje życie, czyli, żeby jak najmniej naśmiecić, ale też, żeby wywrzeć jak najmniejszy negatywny odcisk czy ślad środowiskowy.

 

J: Jakie są początki Twoich zainteresowań zero waste? Ktoś Cię zainspirował czy są to Twoje własne odkrycia?

K: Z pewnością było tak, że wiele przykładów widziałam w sieci. Sama najpierw zainteresowałam się minimalizmem i ograniczaniem się materialnym. W momencie, gdy zauważyłam,
że w moim domu jest zbyt wiele niepotrzebnych rzeczy. A dodatkowo zewsząd docierają do mnie komunikaty, żeby kupować czegoś więcej. Zaczęłam się zastanawiać nad swoim modelem konsumpcyjnym i tym, czy to gromadzenie przedmiotów i wydawanie pieniędzy właśnie na te wszystkie produkty jest celem mojego życia. A potem przeskoczyłam w stronę większej świadomości środowiskowej. Zauważyłam, że te wszystkie niepotrzebne przedmioty trafiają na śmietnik, wówczas poczułam wielką niesprawiedliwość, że ktoś namówił mnie na konsumpcję, a ja potem nie potrzebując danej rzeczy lub traktując ją jako odpad wyrzucam ją z dużą łatwością do śmietnika. Zaczęłam się też interesować sharing economy, czyli ekonomią współdzielenia, współposiadania. Ideą dzielenia się, czyli nie koniecznie posiadania na wyłączność, ale właśnie współdzielenia. A następnie moje zainteresowania poszły w stronę ruchu zero waste i wtedy natrafiłam na blog Bea Johnson Zero Waste Home, przeczytałam również jej książkę. Odkryłam także bloga Trash is for Tossers Lauren Singer, mieszkanki Nowego Jorku, która bardzo aktywnie działa na rzecz szerzenia idei życia bez odpadów. Wówczas sama podjęłam inicjatywę zero waste.

 

J: Ty od razu poszłaś na całość, tzn. wydaje mi się, że można ograniczyć zużycie foliówek, zacząć pić wodę z kranu i to jest już dużo, przynajmniej z mojej perspektywy. Ty całkowicie oddałaś się temu ruchowi, realizujesz jego idee w pełni. Nawet sama sobie robisz kosmetyki. Skąd taka decyzja?

K: Wiesz co, ja tą zmianę mojego stylu życia potraktowałam jako taki eksperyment. Stwierdziłam, ok zacznę robić wszystko na raz, żeby sprawdzić, które z tych działań są realne do wykonania, które przynoszą dla mnie i dla świata pozytywny efekt, które są być może zbyt dużym wyzwaniem i nie będę w stanie ich kontynuować i co na to powiedzą ludzie, jak zareaguje otoczenie czy inni też będą w stanie żyć w podobny sposób, czy w ogóle w polskich warunkach, to będzie wykonalne? To był prawdziwy eksperyment, wyzwanie. Przeszłam przez kuchnię, łazienkę, garderobę, pokój i całe życie moich dzieci, przez podróżowanie. Sprawdzałam w jaki sposób podróżować, żeby naśmiecić jak najmniej. Starałam się dotknąć wszystkich aspektów życia, aby zdobyć jak największą, kompleksową wiedzę o ruchu zero waste.

 

J: Ktoś kto nie czytał Twojej książki i nie wchodził na Twojego bloga nie wie, z jakimi poświęceniami wiąże się np. takie podróżowanie bez wykorzystywania przedmiotów jednorazowego użytku. Chciałem się zapytać, czym teraz jest dla Ciebie zero waste? Czy to wciąż jest eksperyment czy już misja czy może zabawa albo wręcz poświęcenie? Pytam też, bo np. jak się czyta listę rzeczy, którą zabierasz na zakupy, żeby nie korzystać ze zbędnych przedmiotów, to można stwierdzić, że już przed zakupami jesteś tak samo obładowana, jak i po nich. Komuś z zewnątrz może się to wydać niezwykle uciążliwe. Zatem jak to jest w praktyce?

K: Ktoś kiedyś ocenił to takim zabawnym stwierdzeniem „aha, to jest tak jakbyś jechała na biwak”. Dla mnie ten styl zero waste jest tłem mojego życia. Jest metodą, którą sobie wybrałam, która będzie zawsze przy mnie, będzie towarzyszyła mi w każdym aspekcie mojego życia. Np. gdy wyjeżdżam staram się zorientować, gdzie będę mogła się tam żywić, gdzie będę mogła robić zakupy, co będzie dla mnie dostępne, czy woda z kranu będzie zdatna do picia. Teraz już się nauczyłam, że w niektórych miejscach w Polsce kranówka naprawdę podle smakuje, ale gdy wezmę ze sobą dzbanek filtrujący, jest już ok. Z kolei, gdy idę na zakupy, albo wyjeżdżam do innego miasta, mam już ten nawyk, że biorę ze sobą owijki na kanapki, wielorazowy woreczek na przekąski, wielorazowy kubek na kawę, bidon pełen wody, potem ten bidon w trakcie uzupełniam kranówką. Mam już kilka takich przyzwyczajeń, które nie są dla mnie uciążliwe i nie odczuwam tego jako poświęcenie. Nie chciałabym, aby ludzie traktowali zero waste jako wielkie wyrzeczenie, sytuacje, w której bardzo muszą to życie ponaginać, żeby żyć w zgodzie ze środowiskiem. To jest szereg małych kroków, małych przyzwyczajeń, które wykonywane regularnie po prostu wchodzą w krew, tak samo jak kupowanie produktów bez plastiku. Ja postawiłam sobie takie wyzwanie, żeby tego plastiku używać jak najmniej. Mówię „tego plastiku”, bo plastik to jest takie bardzo symboliczne pojęcie. W ten worek plastikowy wchodzi szereg różnych tworzyw sztucznych, które albo można poddawać recyclingowi, albo nie. My do końca nie mamy o tym wiedzy i przez to, że te reguły dotyczące recyclingu są tak nie jasne, stwierdziłam, że chyba najlepszym rozwiązaniem będzie chyba z niego zrezygnować. Podczas zakupów naturalne jest dla mnie to, że w pierwszej kolejności zwracam uwagę na produkty, które są pozbawione opakowania. Ja już mam w swojej głowie pewien filtr, pewien sposób myślenia, który pomaga mi żyć na co dzień w stylu zero waste. Po prostu nie zaśmiecam głowy niepotrzebnymi rzeczami, tak jak nie chcę zaśmiecać swojego domu.

 

J: A jak Twoi najbliżsi zareagowali na Twój wybór? Pytam o rodzinę – dzieci, męża, rodziców, przyjaciół?

K: Moi najbliżsi stwierdzili - Kaśka, skoro chcesz podjąć takie wyzwanie, to ok, my nie będziemy Ci wchodzić w drogę, ale nie oczekuj od nas podobnych wyrzeczeń. Tak też powiedział na początku mój mąż, ja nawet ucieszyłam się z jego wypowiedzi, bo stwierdziłam, że ok, przynajmniej nie ma mnie za jakiegoś „ekoświrusa”, który będzie nagle wywracał życie w całym domu. Zaczęłam brać swoje worki za zakupy, pudelka na ser, na wędliny, na mięso i w ten sposób przynosiłam produkty do domu, dzieląc się jednocześnie swoimi historiami z tzw. pola boju. Bo dla mnie to było coś zupełnie nowego – pójść do sklepu z własnym workiem czy pudełkiem i poprosić o zapakowanie jakiegoś produktu do tego pojemnika i jeszcze dodatkowo wytarować i wyjaśnić, że próbuję uniknąć plastiku. Okazało się, że dla 95% sprzedawców, to nie był żaden problem, żeby w ten sposób pakować moje zakupy. Potrwało to mniej więcej pół roku, aż mój mąż przekonał się, że czas na niego. Chciał pokonać swoją słabość, niepewność, żeby pójść z własnym pojemnikiem na zakupy, widział, że to w sumie przez niego ten plastik pojawia się w domu. Zaczął podobnie, jak ja chodzić z własnymi workami na zakupy, a nawet przekonywać kierownictwo niektórych sklepów
do upowszechniania tego stylu zakupów – zero waste. Zatem na początku podchodził do tego nieco sceptycznie, potem się przekonał.

Jeśli chodzi o dzieci, one po prostu z radością swojego niewinnego kilkuletniego wieku, chłonęły wszystko to, co robimy i uznawały to za całkowicie naturalne. W sytuacji zakupowej, jeśli dzieci chciały, żeby kupić im cukierki w paczce, to tłumaczyłam, że może nie w tym sklepie, ale w kolejnym.  W sklepie, gdzie będziemy mogli kupić cukierki na wagę i zapakować je do własnego woreczka, albo zamiast cukierków wybrać suszone morelki również na wagę. Okazało się, że dzieci z radością przyjmują alternatywne rozwiązania i nauczyły się jeść inne rzeczy, niż te w kolorowych plastikowych opakowaniach, które zazwyczaj w sklepach znajdują się przy kasach, właśnie po to, żeby dzieci mogły wywrzeć presję na rodzicach. Oczywiście zdarzają się wyzwania, im dziecko większe, tym posiada więcej doświadczeń z zewnątrz, pojawia się więcej pokus i jest mniejsze zrozumienie dla wyborów ludzi dorosłych. Ja staram się nie terroryzować rodziny, ale również dawać im wybór. Rozmawiamy o tym, dlaczego wybieramy produkty na wagę, a nie w plastikowych opakowaniach czy dziecko na pewno chce kupić ten produkt w plastikowym opakowaniu, a jeśli chce czy rozumie, co to oznacza. Czasami zdarza się, że mimo wszystko dzieci i tak chcą ten produkt i zostaje on kupiony, po czym dzieci w trakcie rozmowy i swoich przemyśleń stwierdzają, że następnym razem poszukają czegoś innego, bez plastiku. Np. gdy idziemy na lody, dzieci już wiedzą, że wybiorą lody w wafelku, a nie w kubeczku z plastikową łopatką. Chyba już taki pierwszy filtr myślenia zero waste moje dzieci już przyjęły i myślę, że to jest dobry znak. Jednocześnie tak, jak wspomniałam staram się nie ograniczać im tych rzeczy, które one bardzo, bardzo chcą mieć.

Inaczej trochę wygląda sytuacja z dalszą rodziną, z taką, z którą nie widzimy się na co dzień.  Tutaj jest dosyć duże wyzwanie. Z jednej strony wszyscy wiedzą, że my żyjemy w ten sposób. Być może czują nas gorący oddech na ich plecach, gdy wparowujemy do domu naszych rodziców, przeglądamy co jest w lodówce i mówimy: o nie, znowu warzywa kupione w foliówce, jak mogliście, przecież dostaliście od nas ta bawełnianą torebkę, przecież, to nic nie kosztuje, żeby pójść na zakupy właśnie z nią. Nauczyliśmy się już, że nie ma sensu komentować ich działań w ten sposób, bo to jest ich wybór. Oni robią inne rzeczy, mogą mieć kompostownik, mogą nie jeździć samochodem, mogą wykonywać szereg innych pozytywnych dla środowiska rzeczy, niekoniecznie redukować plastik czy inne szkodliwe opakowania. Możemy o tym rozmawiać, możemy sami robić w ten sposób zakupy, żeby mogli się z tym oswoić, natomiast na pewno nie będziemy nikogo namawiać na siłę.

 

J: Cieszę się, że to powiedziałaś, bo chciałem zapytać o taki złoty środek. Z jednej strony zaczęliśmy od takiego niepohamowanego konsumpcjonizmu, z drugiej strony mamy zero waste, które w Twoim przypadku jest radykalnym stylem życia w pewnym sensie. Czy jest jakiś złoty środek czy można akceptować półśrodki w tej sytuacji?

K: Przede wszystkim dla mnie zero waste, to nie jest życie, które zakłada generowanie zerowej ilości odpadów. To jest droga do jak największej redukcji tych odpadów wygenerowanych naszym życiem, naszą konsumpcją. Tak samo jak minimalizm dla mnie ograniczeniem się do konkretnej liczby przedmiotów posiadanych w domu. Wiem, że niektórzy starają się iść na rekord i definiować swoje życie np. 100 przedmiotami tylko i wyłącznie i jak będzie 101, to jest już porażka.

Niektórzy wola się nazywać less wasterami i traktują wówczas to pojęcie, jako takie trochę łagodzące ich wybory konsumenckie czy ich zmianę stylu życia, ponieważ zero waste wydaje się zbyt radykalne. Ja za każdym razem tłumaczę, że zero w nazwie wcale nie musi oznaczać tego zera. Nawet Bea Johnson, która jest ewangelistką stylu życia zero waste, również generuje jakieś odpady. Słoik śmieci na 4-os. rodzinę, co jest naprawdę bardzo małą ilością. Nie zapominajmy o tym, że ona mnóstwo odpadów oddaje do recyclingu, wyrzuca też odpady organiczne do swoich kompostowników, niektóre odpady odsyła do firm, które jej te odpady czy opakowania przysłały. To nie jest też tak, że ona jest w stanie uniknąć wszystkich odpadów czy wyprodukować dla siebie wszystkie produkty – zrobić własny makaron czy krem, właśnie tak nie jest. Musimy się z tym oswoić, że jakieś odpady zawsze będziemy generować, tylko być może powinniśmy się skupić na tym, żeby tych odpadów było jak najmniej. Na sam początek wybrać sobie 2-3 rodzaje najbardziej kłopotliwych dla nas śmieci, takich, które pojawiają się u nas najczęściej i starać się je wyeliminować. Tak zresztą było również u mnie, mimo że ja dotykałam wielu elementów życia zero waste jednocześnie, ale też nie od razu były same sukcesy. Wiedziałam, że są wyzwania i z niektórymi rzeczami będzie mi ciężko. Myślę, że warto znaleźć swoje optimum, taki swój złoty środek, z którym będziemy czuli się komfortowo, który nie będzie nam zabierał mnóstwa czasu, jak np. podróż na drugi koniec miasta do sklepu, który sprzedaje produkty na wagę, kosztem czasu spędzonego z rodziną.

 

J: A próbowałaś jakoś zmierzyć, policzyć na ile się zmniejszyła produkcja śmieci w Twoim przypadku? Np. w liczbie torebek foliowych?

K: Torebek foliowych używamy teraz w liczbie 0. Zdarzają się nam plastikowe odpady, co miesiąc monitoruje, ile plastikowych odpadów wrzucamy do kosza i średnio wychodzi kilkanaście sztuk miesięcznie. Myślę, że jest to bardzo duży sukces, wcześniej kosz zapełniał się nam każdego dnia. Każdego dnia wrzucaliśmy plastikową butelkę po wodzie mineralnej, opakowania po serkach i jogurtach, tego plastiku jest naprawdę mnóstwo. Gdybyśmy w dalszym ciągu robili w ten sposób zakupy, sądzę że z plastiku uzbieranego po miesiącu z łatwością zapełnilibyśmy połowę kuchni, teraz jest to jeden mały kosz.

Jeśli chodzi o odpadki bio, również praktycznie ich nie mamy, ponieważ mam kompostownik na balkonie. Bardzo fajnie, że w Poznaniu odbiera się frakcje bio i jest to dla nas wszystkich normalne, żeby separować obierki bio z kuchni i wrzucać je do brązowego pojemnika. Natomiast ja traktuję materię bio, jako surowieć, który mogę jeszcze ponownie wykorzystać i kompost wykorzystuje do balkonowych upraw, z czego moje rośliny są bardzo zadowolone. Myślę, że bardzo mocno ograniczyliśmy nasze odpady, nie ważę i nie mierzę tego, chyba szkoda mi na to trochę czasu.

 

J: To jest podcast Finanse po godzinach, dlatego musze też zapytać o pieniądze. Rozmawiamy o oszczędzaniu środowiska, redukcji śmieci, czy taki styl życia prowadzi również do oszczędności finansowych? Czy może wręcz przeciwnie, te wszystkie pojemniki wielorazowe też kosztują i pod względem finansowym nie udaje się za wiele zaoszczędzić.

K: Zero waste niektórzy nazywają rozsądnym gospodarowaniem, bo chodzi tu przede wszystkim o używanie ponowne tego, co już posiadamy. Ja nigdy nie namawiam do kupowania nowych pojemników, butelek na wodę czy kubków na kawę. Owszem, jeśli ktoś tego niema może wygospodarować sobie pieniądze i zakupić taki element wyposażenia swojej kuchni czy plecaka.

Na początku swojej drogi zero waste wykorzystywałam tylko to, co posiadałam, dopiero potem, gdy okazywało się, że czegoś mi brakuje, to dokupywałam. Wykorzystywałam te pojemniki
na żywność, które już i tak miałam w swoim domu, zamiast wylansowanego bidonu na początku miałam zwykły kubek, który zawijałam w ściereczkę i pakowałam do plecaka, tam, gdzie chciałam się napić kawy na wynos czy innego napoju, po prostu wyciągałam swój zwykły, kuchenny kubek. Według mnie ten styl życia, to jest zwykłe rozsądne gospodarowanie tym, co już posiadamy.

Podobnie dużo oszczędności może nam przynieść niemarnowanie jedzenia, czyli po pierwsze planowanie posiłków, prowadzenie jadłospisu na cały tydzień i wg niego planowanie zakupów. Ale też pozwolenie sobie na niekupowanie i oderwanie się od myśli, że czegoś potrzebujemy, że czegoś nam brakuje do realizacji przepisu z książki kucharskiej. Tylko raczej postawienie na kreatywną kuchnię domową, z wykorzystaniem tego, co już posiadamy w spiżarni lub lodówce i to na pewno przynosi spore oszczędności.

Oszczędności przyniosła mi również rezygnacja z częstego kupowania ubrań i książek, szczególnie ubrań w sieciówkach. Zrezygnowaliśmy z częstego kupowania książek na rzecz wypożyczania ich z biblioteki. Mamy dwójkę dzieci, które co chwilę chciałby czytać, oglądać coś nowego. Książki, które nam się podobają kupujemy, ale na osiedlu mamy bibliotekę i korzystamy z jej zasobów, to wprowadziło duże oszczędności. Dzieci też mają dostęp do jeszcze większych zasobów, nie tylko książkowych, ale także również do wielu pism dziecięcych czy gier planszowych.

Rezygnacja z kupowania nowych ubrań, sprawiła, że po pierwsze bardziej korzystam z ubrań używanych, które są tańsze. A gdy mam taką chęć, żeby kupić sobie nowy ciuch, zbieram pieniądze, oszczędzam i wolę kupić jedną sukienkę na rok, ale polskiej marki, szyjącej w sposób sprawiedliwy, godny i przy okazji wesprzeć lokalny biznes.

 

J: A czy zauważyłaś, że odkąd przyjęliście taki styl życia, na koncie zostaje trochę więcej pieniędzy?

K: Tak, to prawda. I każdą taką kwotę przekazuję na takie subkonto oszczędnościowe. I już się zebrała z tego całkiem spora sumka i ja jestem oczywiście bardzo z tego zadowolona, bo pieniądze te mogę potem przeznaczyć na coś bardziej sensownego niż taką codzienną bezmyślną konsumpcję.

 

J: Czyli niemarnowanie, nieprodukowanie śmieci jest też równoznaczne z niemarnowaniem pieniędzy?

K: Tak, jak najbardziej.

 

J: A chciałbym Cię jeszcze o to zapytać, co takiego mogą robić duże biurowe firmy, żeby być bardziej zero waste, żeby tych śmieci produkować mniej?

K: Odwiedzam wiele biur, nie tylko to, w którym pracuje, ale też w innych firmach i zauważam bardzo różne praktyki. W jednych firmach np. nie ma dostępnej wody filtrowanej, dlatego też ludzie kupują wodę butelkowaną, co powoduje, że w koszach na odpady ląduje bardzo dużo takich butelek. Niektórzy nie ufają kranówce i wolą kupić wodę w butelce plastikowej. Myślę, że firmy mogłyby zainwestować i kupić taki filtr wody i zamontować go przy kranie albo postawić na wielkie wymienialne baniaki z filtrowaną wodą.

Druga sprawa, to jest kawa. Wszyscy rano spotykają się w kuchni, żeby wypić swoją poranną kawę. Najlepiej wprowadzić takie automaty, które nie podają kawy w plastikowym kubeczku, tylko ekspresy, które umożliwiają wykorzystywanie własnych wielorazowych kubków.

Kolejna kwestia, to edukacja na temat sortowania. Przede wszystkim firmy powinny postawić pojemniki umożliwiające sortowanie w kuchniach, ale także w pomieszczeniach biurowych, bo tam do koszy trafiają różne odpadki, nie tylko papier, ale też plastik, odpadki organiczne.

Ponadto firmy mogłyby zachęcić do poruszania się komunikacją miejską, transportem publicznym, do jeżdżenia rowerem, ale również do carpoolingu – dzielenia się transportem samochodowym, jeżeli dojeżdżamy w to samo miejsce, co inni pracownicy. To też jest dobra praktyka i firmy powinny ją promować.

Myślę, że również taką pieśnią przyszłości może być stawianie kompostowników w biurach i zachęcanie do tego, żeby obierki trafiały właśnie do nich. Być może zakładanie małych wspólnych ogródków przy biurowych, w których pracownicy mogliby odpoczywać i jednocześnie widzieć, że odpady organiczne są niezwykle cennym surowcem dla roślin.

 

J: A co jest takiego złego w plastiku?

K: Co jest złego w plastiku? – plastik, to jest bardzo niejednorodne tworzywo. Istnieje klasyfikacja plastiku, która mówi nam, że mamy aż siedem rodzajów tego tworzywa, z czego nr 7 poświęcony jest tzw. tworzywom innym, w tym worku mieszczą się przeróżne tworzywa lepsze i gorsze dla naszego zdrowia. Niektóre nadają się do recyclingu, inne zupełnie nie. Ten, który nie podlega recyclingowi, to jest po prostu marnowaniem surowca, który prawdopodobnie pójdzie do spalarni, co też odbija się na naszym środowisku, jakości powietrza. Plastik jest kontrowersyjnym surowcem, bo z jednej strony jest dla nas bardzo wygodny, ponieważ jest lekki, wodoodporny, służy jako opakowanie dla wielu produktów, natomiast recycling tego tworzywa jest dużym wyzwaniem. Tak jak szkło czy metal można odzyskać niemalże w 100%, tak plastik na poziomie globalnym odzyskuje się jedynie w 10%. Technologicznie jesteśmy w stanie wyciągnąć jedynie 10% z powrotem z tego rodzaju tworzywa. Mówi się, że z butelek PET, możemy jeszcze zrobić inne butelki PET, albo bluzy polarowe. Jednak musimy pamiętać o tym, że to nie jest pełen recycling, to jest jedynie tzw. downcycling, ponieważ zawsze jest dosyć duży odsetek tego tworzywa, który będzie tylko odpadem. Tworzywa w trakcie recyclingu tracą swoje właściwości i nigdy nie będą tak samo wytrzymałe, tak samo trwałe, jak te wykonane z czystego surowca, czyli ropy naftowej. Dlatego ja tak bardzo namawiam do tego, aby korzystać z tworzyw, które mogą nam służyć wielokrotnie. Wielorazowych worków, pojemników, najlepiej postawić na opakowania szklane, opakowania zwrotne oparte a systemie kaucyjnym. Zresztą mam taką nadzieję, że ten system kaucyjny do nas powróci, ponieważ jest to bardzo odpowiedzialne gospodarczo. Natomiast sam plastik w sobie jako jednorazowe opakowanie na pewno najlepszą opcją nie jest.

 

Kasiu myślę, że ten apel, to jest dobra puenta. Dziękuję, że zgodziłaś się wziąć udział Finansach po Godzinach. Dziękuję bardzo za rozmowę.

K: Dziękuję.

 

J: Rozmawiałem z Katarzyną Wągroską, pisarką, blogerką , entuzjastka ruchu zero waste. Kolejny podcast z cyklu Finansach po Godzinach w ostatni poniedziałek października.
Do usłyszenia.