NN TFI Investment Partners
Notowania
 

Błąd 404

12 lutego 2018

Powszechnie znany internautom, od jakiegoś czasu wyświetlał się również inwestorom giełdowym. Od ostatniego razu, gdy indeks amerykańskiej giełdy S&P500 spadł o ponad 3 proc. – było to w czerwcu 2016 r. – do ubiegłego poniedziałku, gdy zanurkował o 4 proc., minęło ponad 400 sesji giełdowych. Można powiedzieć, że tyle, co w tytułowym błędzie. I nagle coś, co kiedyś było zupełnie

Można powiedzieć, że tyle, co w tytułowym błędzie. I nagle coś, co kiedyś było zupełnie normalne przy inwestowaniu w akcje, czyli korekta spadkowa, wywołało szok.

 

Za dużo młodzieży?

Część doświadczonych analityków, cytowanych przez agencję Bloomberga, zwraca uwagę, że hossa w USA trwa od ponad dekady. Przez ten czas na rynek finansowy trafiło wielu młodych inwestorów nieznających innej rzeczywistości, niż ta, którą stworzyła amerykańska Rezerwa Federalna (Fed). W latach 2009-2014 Fed wydał biliony dolarów na zakup obligacji, czym – pośrednio – wywindował notowania aktywów finansowych – akcji i w jeszcze większym stopniu – obligacji. Młodzi inwestorzy, przyzwyczajeni do stałego dopływu gotówki na rynek, a następnie – do bardzo łagodnego podnoszenia stóp procentowych, nie znają innej rzeczywistości rynkowej – argumentuje część ekspertów.

To jednak nie do końca prawda. W ciągu minionych 10 lat przez światowe giełdy – w tym amerykańską - przetoczyły się korekty nawet głębsze od ostatniej, np. latem 2011 r., czy porównywalne do niej – np. w 2015 r. Jeżeli więc rzeczywiście ktoś nie poznał jeszcze smaku spadków, to tylko naprawdę wąskie grono najmłodszych wilczków, które dołączyły do watahy z Wall Street w latach 2016-2017.

 

Zbyt wysokie pensje?

Innym wytłumaczeniem korekty jest postępująca poprawa – tak, poprawa – na rynku pracy w USA. Zdaniem niektórych, katalizatorem spadków miały być opublikowane w pierwszy piątek lutego tzw. „payrollsy” czyli dane o zatrudnieniu w USA. Wynagrodzenia godzinowe za Wielką Wodą w styczniu wzrosły o 2,9 proc. rok do roku, czyli więcej niż spodziewali się analitycy. Od wzrostu płac już tylko krok do wzrostu inflacji, a skoro tak, również do ostrzejszej polityki pieniężnej (podnoszenia stóp procentowych) Fed. Biorąc pod uwagę, że od lutego Fed ma nowego szefa – Jerome’a Powella – inwestorzy mogą odczuwać pewien niepokój co do tego, jak ukształtuje się polityka kierowanej przez niego instytucji w kontekście rosnącej presji inflacyjnej.

Ale czy rzeczywiście? To, że największa gospodarka świata nie potrzebuje już „pieniężnej kroplówki” i stopy procentowe będą rosnąć - wiadomo od dawna, podobnie jak to, że hossa może trwać również podczas podwyżek stóp procentowych tak, jak w pierwszej połowie ubiegłej dekady.

 

Zgubna chciwość?

Jest też trzecie wytłumaczenie dla trwających obecnie spadków – „technika”. Mówiąc obrazowo, w ostatnich miesiącach wykres S&P500 zaczął rosnąć wykładniczo i coraz bardziej przypominać pionową ścianę. Nie bez znaczenia jest fakt, że przez ostatnie dwa lata główny indeks amerykańskiej giełdy rósł „od linijki” – wyglądał jak wykres wyceny jednostki uczestnictwa bezpiecznego funduszu gotówkowego i pieniężnego a nie ryzykownego funduszu akcji.

W rezultacie wskaźnik VIX (tzw. „indeks strachu”), mierzący zmienność na amerykańskim rynku akcji, spadł do rekordowo niskich poziomów. Wielu inwestorów zaczęło grać pod to, że zmienność pozostanie ograniczona, powstały nawet fundusze obstawiające tego typu scenariusz. Jeden z nich, potocznie zwany XIV (pełna nazwa to VelocityShares Daily Inverse VIX Short-Term ETN) właśnie w

ubiegły poniedziałek praktycznie wyzerował wartość powierzonych mu oszczędności. Początkowo wystarczyły stosunkowo niewielkie spadki na giełdzie, żeby VIX gwałtownie podskoczył. Wraz z pogłębiającą się przeceną indeks strachu rósł w ciągu dwóch dni aż o 180 proc. doprowadzając do sromotnej kapitulacji wszystkie strategie inwestycyjne nastawione na to, że pozostanie nisko. To nie jedyny taki fundusz. Jak pisze Bloomberg, są ich „tuziny”. Część ogłosiła likwidację, inne zawiesiły wypłacanie pieniędzy. Wg szacunków Barclaysa podaż akcji związana z problemami instrumentów finansowych służących do gry pod ograniczoną zmienność mogła w ostatnich dniach opiewać na… 225 mld dolarów.

To jednak nie wszystko. Przez ostatnie lata na całym świecie gwałtownie wzrosła popularność ETF – funduszy inwestycyjnych, które biernie odwzorowują notowania wybranych indeksów. Ich zarządzający nie zastanawiają się, które spółki mają najlepsze perspektywy rozwoju – kupują „cały indeks”. Wszystko wygląda dobrze, dopóki wskaźniki rosną i do ETFów płynie kapitał. Kiedy jednak na giełdach pojawiają się spadki, fundusze – żeby odwzorować indeks – muszą sprzedawać akcje, czym dodatkowo pogłębiają przecenę. Jeżeli do tego inwestorzy zaczną z nich wycofywać oszczędności, spirala jeszcze bardziej się nakręca.

 

Czy wkroczyliśmy w nową fazę cyklu?

Z perspektywy gospodarczej przez te kilka dni zmieniło się niewiele, stąd próżno upatrywać przyczyn spadków w tzw. „fundamentach”. Trudno więc zakładać, żeby hossa w USA, dyktująca koniunkturę na pozostałych światowych giełdach - właśnie się kończyła. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że dwuletni okres sielanki inwestorów giełdowych właśnie przeszedł do historii, a rynek brutalnie przypomniał, że inwestowanie w akcje wiąże się z ryzykiem. Hossa, jeżeli jeszcze potrwa, prawdopodobnie będzie znacznie bardziej „poszarpana” niż rok, czy dwa lata temu. Jeżeli ktoś nie zdecydował się na akcje, kiedy bez przerwy rosło, tym bardziej powinien się zastanowić, czy teraz warto się nimi interesować.